Slay the Spire — rogalikowa karcianka dla żądnych przygód śmiałków

Nigdy nie byłem wielkim fanem gier karcianych. Za młodu wiele grałem w Wojnę, którą jako jedyną grę udało mi się polubić. Po cyfrowej rewolucji growej, na rynku elektronicznej rozrywki pojawiło się wiele tytułów oferujących rozbudowaną zabawę, bazując właśnie na kartach. Do najsłynniejszych dzieł możemy więc zaliczyć Heartstone od Blizzarda czy rodzimego Gwinta, CD Projektu. Na przełomie kilku lat pojawiło się wiele tytułów oferujących w swojej mechanice zabawę kartami, nie sprowadzając się tylko do samego tłuczenia statystykami na nich wyrytymi. Przykładowo Books of Demons polskiego studia Thing Trunk oferowało bardzo przyjemną mechanikę, w której to kartami właśnie określaliśmy możliwości naszej postaci w walce.

Raptem tydzień temu w sklepie cyfrowym GOG pojawił się nowy, aczkolwiek mało mówiący tytuł. Slay the Spire okazało się przyjemną karcianką, w której uczestniczymy w czymś na kształt zdobycia wieży. Chodzi głównie o ciągłe parcie naprzód, pokonywanie przeciwników oraz uczestniczenie w zdarzeniach losowych, generowanych przez grę. Brzmi dość zachęcająco, ale jak jest w praktyce ?

Droga ku chwale

Główna ścieżka fabularna gry opowiada historię trzech śmiałków (w jednego w nich wcielamy się my), którzy postanowili rozsławić swe imię. By do tego dojść, musieli oni dokonać czynów heroicznych, a nic tak dobrze się nie przyjmuje, jak dobra walka, skarby i magiczne artefakty. Idąc tą drogą, zdecydowali się oni na pełną niebezpieczeństw przygodę, podążając szlakiem bohaterów. A to wszystko, by zdobyć mistyczną Iglicę, na której na każdego herosa czeka wieczna chwała!

Do wyboru mamy – a jakże – trzech bohaterów. Początkowo dostęp mamy tylko do pierwszej postaci wojownika, ale po ograniu pierwszych misji szybko dostajemy dostęp do bardziej mistycznych person. I tak zbiorczo mamy do wyboru Pancernika, który jest typowym tankiem z dużą ilością punktów życia i afiksami do punktów walki, Cień pełniący funkcję maga krwi oraz Defekt będący czymś pokroju taktyka.

Nasi bohaterowie mają prosty (w rozumieniu) cel do zdobycia. Przedrzeć się przez mapę żądnych krwi potworów i dotrzeć do mistycznej Iglicy gdzie czeka na nich wielka nagroda. I choć z założenia misja ta wydaje się banalna w wykonaniu, to w praktyce wystawi na próbę wszystkie umiejętności gracza zdobyte na przełomie lat w grach karcianych.

Karcianka wyborów

Po wyruszeniu w przygodę pierwszy raz stykamy się z nowym systemem walki zastosowanym w Slay the Spire. Na głównym ekranie widzimy 2 lub więcej postaci. Po lewej stronie znajduje się nasz bohater a po prawej jego przeciwnicy. Zazwyczaj będziemy się pojedynkować z jedną, ale będą też sytuacje, że wrogów będzie o wiele więcej. Na górze ekranu znajdziemy informacje o miksturach dających nam przewagę w walce, ale ich użycie skutkuje wzrostem statystyk tylko podczas jednej rundy. Poniżej znajduje się pasek artefaktów. Może być tak, iż podczas przygody natrafimy na magiczne skarby, które mocno ulepszą naszą postać, dając np. więcej zasobów, większą szansę wypadania złota po walce lub przywracanie utraconego zdrowia.

Dochodząc do meritum sprawy, najważniejsze są tutaj karty. Te decydują o sile ataku, zadawaniu dodatkowych obrażeń, a nawet skupiają się na prostej obronie. Działają one na podobnej zasadzie co w innych karciankach, ale skupiają się na bardziej rozbudowanym schemacie. Podczas walki możemy wyczytać, jaki przeciwnik zastosuje atak w następnych ruchu oraz jakie może to spowodować nam skutki uboczne. Do tego dochodzą czary i wzmocnienia, które są w stanie mocno namieszać w naszej taktyce. Do najsłynniejszych należy umiejętność odpowiadająca na nasz atak, zwiększeniem siły przeciwnika. A co za tym idzie – zadawaniu większych obrażeń.

Pomiędzy walkami poruszamy się naszym bohaterem tajemniczą ścieżką. Początkowo mamy możliwość obrania najbezpieczniejszej dla nas drogi, stroniąc od częstych walk, jednocześnie unikając szansy odnalezienia tajemniczych artefaktów i pożądanych przedmiotów magicznych. Na swojej drodze napotkamy handlarzy, którzy chętnie pozbędą się swoich kart na rzecz zdobytego przez nas w pocie czoła, złota. Zaoferują także tajemnicze mikstury oraz unikaty. Idąc dalej, możemy natknąć się na obozowisko, w którym możemy lekko podreperować swoje zdrowie lub ulepszyć swoją ulubioną kartę, dodając jej siły lub zwiększając możliwości obronne.

Natykać się będziemy również na spore ilości przeciwników, typowanych tutaj jako zwykłych oraz tych elitarnych, którzy mocno mogą popsuć nam szyki. W najgorszym wypadku taki przeciwnik może nas pokonać, przez co musimy rozgrywać przygodę od początku. Na szczęście twórcy przewidzieli fakt, iż nasza postać może nader często lądować w piachu, więc oddali graczom system progresu. Dzięki temu postać grana przez nas awansuje z każdą przygodą na nowe poziomy, oddając co jakiś czas specjalne umiejętności graczowi.

Dobre z pożytecznym

Przemierzając tajemniczą krainę, możemy natknąć się na losowo dobierane zdarzenia, które mogą odpłacić się nam dodatkowymi kartami, skarbem lub niestety – utratą życia. Uczestnicząc w takim wydarzeniu mamy wpływ na przebieg wypadków, wybierając jedną z trzech opcji. Od nas zależy czy w ten sposób wzbogacimy swoje karty o potężniejsze zamienniki, czy pozwolimy losowi na danie nam po dupie. Decyzja, decyzja, decyzja…

W końcu o to chodzi w grach karcianych – nad ciągłym myśleniem przestrzennym, zmienną taktyką oraz śledzeniem poczynań przeciwników. Osobiście próbowałem swoich sił w zamkniętej becie i już wtedy było trudno. Po oficjalnej premierze i przegraniu ponad 10 godzin wiele się nie zmieniło. Wciąż to porządny i zaznaczę – TRUDNY – tytuł dla pojedynczego gracza. Twórcy postawili na rozgrywkę jednoosobową, z możliwością zmierzenia się z innym graczem na bazie rankingu ogólnego. Możliwe jest też rozegranie trybu dowolnego w ramach treningu i chęci nauczenia się wszystkich kart na pamięć.

Animacja rogalika

Odpalając enty raz ten tytuł, gołym okiem możemy zauważyć prostą zależność między skomplikowanym systemem mechaniki gry a prostą, acz przystępną oprawą audio wizualną. Twórcy nie silili się na pełne kolorów palety graficzne, przepiękne modele postaci czy zgrabne animacje ataków. Tu liczy się zwykła prostota i przede wszystkim grywalność, a braku tej grze zarzucić nie można.

Całość otacza czytelny obraz nazw, afiksów oraz efektów wywoływanych przez karty. Wszystko to jest bardzo czytelne od pierwszych minut zabawy, gdy zapoznajemy się z zasadami produkcji. Jeżeli jednak miałbym się doczepić do szczegółów, które mi się nie spodobały, to byłaby to pewnie ilość rzucanych w trakcie jednej rundy kart. Każda z nich generuje jakiś zasób, a tych mamy tylko trzy. Łopatologicznie wychodzi do trzech rzutów na rundę, bywa też ich nieco więcej, gdy posiadamy karty z zerowym kosztem. Według mnie to trochę za mało na porządną rozgrywkę i choć przyzwyczaiłem się już do takiego stanu rzeczy, to pierwsze wrażenie było niestety negatywne.

Muszę jednak przyznać, iż studio Mega Crit Games stanęło na wysokości zadania, oddając w ręce graczy pełnoprawną grę, która na szczęście dość szybko wyszła z bety, ciesząc swoich karcianych fanów. Nieco nie rozumiem jednak dość mocno wygórowanej ceny jak na rogalik, ale szczęściem w nieszczęściu będzie na pewno brak zabezpieczenia DRM w wersji GOG, którą możemy nabyć i rozegrać w ojczystym języku. Polecam, bo wciąga, a że wciąga, to polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *