Licencja na drona nareszcie zrobiona. VLOS w 4 dni!

Jeśli z uwagą śledzicie moje wpisy, w szczególności te z portalu dobreprogramy to możecie zauważyć, że miałem na warsztacie wiele pojazdów latających. Większość z nich to modele przeznaczone dla szarych użytkowników bezzałogowych statków powietrznych, choć i wśród nich znalazły się modele ocierające się o granice polskich pozwoleń lotniczych. W przypadku tych pierwszych lot odbywał się w bezpiecznej przestrzeni lotniczej, a w przypadku drugich – różnie to było, choć zawsze korzystałem z pomocy osoby z pełnymi uprawnieniami, by nie zrobić jakiejś głupoty.

Odkąd pamiętam, wielokrotnie miałem obawy związane z odpowiednim pilotażem, nie do końca znając zasady bezpiecznego lotu, opierając się tylko na podstawowej wiedzy wyczytanej m.in. w instrukcjach użytkowania dronów oraz liżąc z okładki, polskie przepisy lotnicze. W kwestii pilotażu statkami bezzałogowymi typowy Koliński raczej nie będzie miał problemu z prawem, jeśli ograniczy swój lot do bezpiecznej wysokości ani nie będzie się pchał w tereny strzeżone. W moim przypadku sprawa wyglądała nieco poważniej, gdyż pracując w promocji miasta mam obowiązek posiadać odpowiedni dokument uprawniający mnie do lotów dronami tak w sferze prywatnej, jak i służbowej. W związku ze specyfiką mojego stanowiska zdecydowałem się na odbycie kursu, by poznać tajniki lotów, odpowiednio się przeszkolić, zdobyć tak wymaganą wiedzę i pozwolenia, a przede wszystkim – nie stwarzać zagrożenia w powietrzu, a także na ziemi.

Odpowiedni wybór

Przed przystąpieniem do kursu należało wybrać szkołę, a raczej firmę zajmującą się szkoleniami. Ważne było, by takowa posiadała odpowiednią certyfikację zgodną z polskim urzędem lotnictwa. Jako że zostałem sam z tym tematem, to mając już za sobą masę przeczytanych recenzji oraz opinii kadrowej, natrafiłem na filmik Gonciarza o dronach, w którym to omawia on swoje wrażenia właśnie z takiego odbytego kursu.

Warto ^^

Posiłkując się tym materiałem i rozmawiając przy okazji z przedstawicielami DJI, z którymi współpracuję m.in. podczas testów / recenzji, natrafiłem na grupę FlyandFilm, która prowadzi oficjalne szkolenia lotnicze

Zapisałem się na kurs, pracodawca opłacił, a ja dowiedziałem się prawie na ostatnią chwilę, że nowo co wprowadzone przepisy, znacznie ukrócą mój kurs i zniosą wymagane wcześniej, badania lekarskie. Przyznam, że ucieszyła mnie ta wiadomość, mając przed oczami obraz smutku i rozpaczy, gdy przeciskałbym się bez kolejki, przez tłumy oczekujących pacjentów w jakimś mocno obleganym szpitalu. Sprawa była prosta – 2 tygodnie przed szkoleniem otrzymałem masę materiału, z którym miałem się zaprzyjaźnić, a że akurat były terminy wielu inwestycji u nas w mieście, zostawiłem wszystko na kilka dni przez pierwszym kursem.

Bardzo ciekawiła mnie formuła nauczania, gdyż opierała się ona o dwa dni teorii oraz dwa dni praktyki. Naprawdę nie byłem w stanie pojąć jak przez 4 dni mam przyswoić taką masę wiedzy i przy okazji zaliczyć egzamin państwowy, ostatniego dnia kursu. Mam co prawda już za sobą wylatane ponad 60 godzin w powietrzu dronami DJI, które do tej pory miałem na testach, ale gdy zderzyłem się z szarą rzeczywistością, pojąłem jak mało umiem …

Kurs ekspresowy

Nauki teoretyczne i praktyczne robiłem z kolegą w pracy, który miał mnie zastępować, gdybym ja akurat miał okienko. Tak się złożyło, że prócz naszej dwójki, do grupki dołączyło dwóch chłopaków – strażak oraz nauczyciel szkoły z Wałbrzycha, łącznie 4-osobowa ekipa = zgrana grupa, szybsza nauka. Naszym nauczycielem był kozak nad kozakami z Wrocławia, który mimo posiadania prężnej i chętnej do nauki grupki, obecnie kłopotał się problemami remontowymi w domu, którym dobitnie obarczał cały zespół przez bite 4 dni (po kursie okazało się, że remont trwa dłużej). Mimo całkiem interesującego podejścia do nauczania, bez zbędnej pobłażliwości i mówienia sobie per Pan, przez 2 dni mieliśmy do zrobienia teorię, siedząc w przyciasnym pomieszczeniu gdzieś na obrzeżach miasta.

Byłem w szoku. Dwa dni teorii, 5 działów do zrobienia a po każdym z nich egzamin pisemny z metodą wyboru jednej, poprawnej odpowiedzi a, b, c, d. Materiału było sporo. Z prasówek z dwóch dni mogliśmy spokojnie wykonać miecz dla Clouda z Final Fantasy 7… może to dobrze, że wybrałem latanie VLOS (w zasięgu wzroku), gdyż przy BVLOS sprawa by się zapewne mocno skomplikowała. Tak czy siak, element nauczania był szybki i konkretny. Prasówki na stół, omówienie materiału w prezentacji multimedialnej, a po skończeniu jednego tematu, egzamin pisemny wyboru. Zaliczony? Lecimy do następnego tematu. Niezaliczony? Napiszesz przy kolejnym egzaminie. Nie ukrywam, że dla mnie teoria to piekło w związku, z tym że jestem 100% praktykiem i właśnie w ten sposób zdobywam wiedzę. Na szczęście poszło to szybko i egzaminy mieliśmy za sobą. Byłem za to w pełni gotowy na praktykę, bo w końcu sporo się do tej pory nalatałem i mam obcykane jak lata się sprzętem DJI. Przynajmniej tak myślałem.

Praktyka czyni mistrza

Spark, Mavic Air, Pro … to były zabawki. Gdy dowiedziałem się, że będziemy pilotować dronem Inspire, całe moje podniecenie lataniem spadło na manowce, gdyż w takim przypadku dron będzie cięższy oraz trudniejszy w sterowaniu. Zacisnąłem jednak zęby i przystąpiłem do praktyki. Zwykle jak miałem drona na testach to latałem w trybie GPS w zupełności korzystając z tej przydatnej funkcji określającej położenie drona i mocno niwelującej jego odchyły względem wiatru. Tutaj tak łatwo nie było, gdyż na czas latania lokalizacja została wyłączona. Muszę przyznać, że latanie na oko tak mocarnym sprzętem przy dość wietrznej pogodzie, wręcz graniczyło z cudem. Dobrze, że asekurował nas remontowy egzaminator, dzierżąc dodatkowe stery w dłoniach.

Mimo posiadanej wiedzy o pilotażu dopiero teraz pojąłem, jak ważny jest odpowiedni start, nawigowanie w powietrzu oraz bezpieczne lądowanie. Do tego doszły figury geometryczne, omijanie przeszkód, a i możliwość odpowiedniego sterowania względem nagrywanego materiału filmowo-fotograficznego. Mimo pewnego stresu bawiłem się świetnie, wychodząc z ogromną dawką wiedzy po skończonym kursie.

Teraz polatam na spokojnie!

Kurs zakończył się ostatniego dnia egzaminów a przebiegał podczas samego pilotażu, by nie denerwować nas informacją o jego przebiegu, gdyż w nerwach każdy popełnia jakiś błąd, a tak było bardzo fajnie i spokojnie. Na koniec dostaliśmy odblaskowe kamizelki lotnicze, przy których otrzymaniu, zapewnialiśmy niczym mantrę – że będziemy je nosić podczas lotów i trzymać się będziemy poznanych w pocie czoła praw. Dodatkowo dostaliśmy specjalną dokumentację, którą będziemy musieli wysłać do ULC’u, by na jego podstawie wystawili nam stosowne oświadczenie.

Po wysłaniu dokumentu do Warszawy i 3 tygodniach oczekiwania, nasze upragnione dokumenty przeszły. I jak tylko się wypogodzi – a w moim przypadku, skończę urlop – wracamy do pilotowania bezzałogowych statków powietrznych. Dla zabawy, dokumentowania inwestycji oraz ciągłego doskonalenia nabytych umiejętności.

Motto szkoleń: Jak się rozwalisz, nic się nie stanie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *