Control – psychoza akcji wyjęta niczym z Lśnienia [luźna publicystyka przy dobrym whisky]

Zapewne wielu prawdziwych graczy a nie – niedzielnych wyjadaczy strzelanek, kojarzy świetny thriller akcji – grę Alan Wake. Studio, które pokusiło się za produkcję tej gry to fenomenalne Remedy Entertainment, znane choćby z pierwszego i drugiego Max Payne oraz nie tak dawno wydanego Quantum Break. W grze wcielaliśmy się w pisarza, który pogrążając się w mroku swej twórczości, borykał się z szeroko pojętymi rozterkami. To doprowadzało go do różnorakich, przerażających wizji, w których mrok z łatwością mógł przejąć nad nim całkowitą kontrolę. Myślę, że w tym przypadku komputerowi fani filmowego Lśnienia Stanleya Kubricka, doszukiwali się i odnajdywali w grze wiele podobieństw i zapożyczeń.

Po świetnie przyjętej serii niezłomnego Maxa i uwielbiającego bawić się latarką Alana przyszła kolej na fenomenalną rolę kobiecą w grze Control. Tytuł ten miał swoją premierę w końcówce zeszłego roku, powodując niemałe zamieszanie na rynku elektronicznej rozrywki. Jeszcze przed premierą gra wywoływała spore emocje, ukazując telekinetyczne moce bohaterki, gargantuiczne lokacje oraz bardzo wciągający wątek fabularny. Miałem możliwość zagrać co prawda w ten tytuł jakiś czas po premierze, ale “u kolegi” i to jeszcze na padzie … a kto mnie dobrze zna, ten wie, że u mnie TYLKO PC Master Race i po kilku godzinach zabawy doszedłem do wniosku, że poczekam. Później o grze zapomniałem, zajmując się szeroko pojętą blogerką pisaną. Po niecałym roku od premiery zasiadłem przed komputerem, nalałem whisky i wsiąknąłem na dobre 30 godzin. Warto było czekać, gdyż obecnie wydana wersja, pozbawiona beznadzielnego DRM i to w edycji kompletnej, wylądowała na moim ulubionym GOG‘u. 

Kto z kim i po co

Control jest idealnym przykładem na mocno zawiłą grę akcji ze sporą ilością elementów psychozy, psychodelii, telekinezy, teorii światów równoległych, obiektów mocy, gumowych kaczek. Uruchamiając grę po raz pierwszy – pomijając ohydne sceny sprzed roku, zasiadając przed konsolą (błe – wybacz Rafał), byłem w niezłym szoku, otrzymując już w pierwszych minutach gry ociekający ciekawością tytuł. W grze bowiem wcielamy się w dorosłą płeć żeńską – Jesse Faden. Ta rezolutna i twarda dziewczyna, przybywa do ogromnego budynku Federalnego Biura Kontroli, mieszczącego się przy głównej ulicy w Nowym Jorku. Ma nadzieję znaleźć tam odpowiedź na dręczące ją koszmary przeszłości i odnaleźć swojego, dawno utraconego brata. Nie spodziewa się jednak, że przekraczając progi budynku, świat jaki znała dotychczas, okaże się tylko bąkiem puszczonym przez otumanionego światłem komara …

Przeczesując przeogromny kompleks biurowy niczym segmentowe klitki Grunwaldzki Center we Wrocławiu, natyka się na tutejszego, przemiłego dozorcę. Ten niezmiernie cieszy się z jej spotkania, przekazując jej tajemnicze zadanie uporania się z problemami firmy / miejsca / rzeczywistości (niepotrzebne skreślić). Kierując się w drodze wyjaśnienia do głównego dyrektora, słyszy strzał … zagląda do pokoju, podziwia świeżą krew skapującą z trofeów “byłego” zarządcy, po czym podnosi tajemniczą serwobroń … Gratulacje! Zostałaś prezesem!

W tym momencie przestanę dzielić się z wami tym, co następuje dalej w kwestii opowiadanej historii fabularnej, gdyż rozmiar misz-maszu ogarniającego Control potrafi rozpalić ochotę na dalsze poznawanie wątku głównego i pobocznych i tak drastycznie wciągając nas w sam środek zabawy. Twórcy wiedzieli jak poprowadzić rozgrywkę i zaciekawić odbiorcę swoją grą. W sumie nie ma co się dziwić – podobny zabieg zastosowali w kultowym Maxie czy w mrocznym Alanie. Remedy według mnie rozbił bank, oferując graczom coś zupełnie nowego, choć w oczach większości krytyków, gra wcale nie otrzymała plakietki kultowej … a szkoda.

Walka średnia, ale efekty …

Twórcy zaoferowali graczom walkę z przeciwnikami, wykorzystując zebraną w pokoju byłego zarządcy, tzw. serwobroń. Ten żyjący oręż jest godnym reprezentantem zmieniającej kształty broni, dostosowującej się do potrzeb chwili. Początkowo wykorzystujemy ją jako zwykły rewolwer o nieograniczonym magazynku, uzupełnianym gdzieś w innej przestrzeni/czasie. To właśnie za jego pomocą odeprzemy zastępy wrogich przeciwników i przejdziemy całą grę. Ale rozwalać jednym typem broni wszystkich po kolei jest trochę nudno … więc twórcy dodali nam kilka jej odnóg.

W trakcie zbierania rozsianych po lokacjach pojemników z materiałami twórczymi i wydzierania ich z ciał pokonanych wrogów, w zdobytych punktach kontrolnych możemy rozwijać swoją serwobroń, dokonując w niej istotnych zmian w działaniu. Możemy ją odpowiednio zmodyfikować rażąc wrogów z dalszych odległości, zmuszać by podeszli pod samą lufę, sprowokować istną nawałnicę wystrzałów lub skoncentrować wystrzał by raził kilku wrogów dookoła. Możliwości jest całkiem sporo, a ich odpowiedni wybór będzie miał znaczący wpływ na wybór ścieżki prowadzonej przez jej użytkownika.

Do tego dojdą ulepszenia, które będziemy mogli zastosować w rodzaju serwobroni, racząc przeciwników większą mocą obalającą czy zwiększającą szybkostrzelność. Nasza postać podczas starć zdobywa jeszcze jedną walutę, którą można by tu opisać jako doświadczenie. Te pozwala jej zdobyć nowe poziomy doświadczenia, a co za tym idzie – nabyć unikalne umiejętności. Większość z nich powoduje przyrost siły, żywotności lub energii, ale są też takie, które pozwolą rozwinąć naszą psychę. Mam tu na myśli zdolności nabywane podczas pchania w przód wątku głównego i rozwiązując zawiłe zagadki przedmiotów mocy. 

W pewnym momencie zabawy przyjdzie nam unosić się w powietrzu, otaczać się pancerzem oraz dokonywać frontalnych ataków z powietrza niczym Brolly w Dragon Ball’u. Jednak jedna z mocy zdobyła moje największe uznanie. Telekineza pozwalająca nam wyrywać elementy otoczenia ze ścian, podłóg i ciskać nimi w przeciwników, robi całkiem udaną robotę. Ogólnie fizyka w grze została przedstawiona w sposób fenomenalny, ukazując nam ogromną skalę zniszczeń, gdy natrafimy na wymagających przeciwników. A jeśli o nich mowa … to trzeba się ich nauczyć na pamięć, gdyż każdy z nich potrafi zaleźć nam za skórę. 

Rok oczekiwania a teraz warto zagrać … 

Wiem, że czekałem stanowczo za długo by móc zmierzyć się z debilnymi decyzjami Zarządu, ale nie żałuję. Rok po premierze, twórcy załatali wiele problemów, z którymi borykali się gracze i oddano do dyspozycji użytkowników kilka znaczących dodatków, wydłużających rozgrywkę o dodatkowe misje fabularne, jak i dodatkowe. Ci, którzy nie zrobili zakupów na Epicu, mając nadzieję na zniżkę lub wyrwanie gry u innego dostawcy bez debilnego zabezpieczenia antypirackiego, mogą odetchnąć z ulgą. Control jest bowiem dostępny w naszym polskim sklepie GOG w cenie ~169 zł, za którą otrzymujemy edycję kompletną, z dwoma oficjalnymi dodatkami i usprawnieniami oddającymi w ręce graczy tryb fotograficzny oraz możliwość New Game+. Jeśli ktoś nie grał, polecam. Zresztą zobaczcie, bo warto:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *